![]() |
||
Sine qua nonChcąc przyjść z pomocą, Tym nielicznym, którzy pragną porządku w nazewnictwie, stosowanym do opisu pojęć pierwotnych, Mistrz sformułował następującą naukę: "Musi być coś, czego nie można unicestwić. W przeciwnym razie, niczego by nie było. Spomiędzy terminów, którymi można by te niezniszczalne "coś'" nazwać Tak więc, Bóg jest. Skoro jest, to jest zawsze, wszędzie, i bez skazy (wieczny, nieskończony, kompletny). Niczego innego nie ma. To, czego nie ma, to świat. Świat istnieje. Czym innym jest "być", a czym innym "istnieć". Bóg jest twórcą świata. Proces tworzenia świata jest wieczny (jak wszystko, czym "zajmuje się" Bóg). Wynika z tego, że świat jest tworzony, wciąż i wciąż na nowo, wiecznie. Wynika z tego też i to, że świat nie ma początku, ani końca. Skoro proces tworzenia świata jest wieczny, to musi (wraz z tworzeniem) zachodzić także i wieczny proces unicestwiania świata. Gdyby tak nie było, to albo świat zostałby ostatecznie stworzony, W pierwszym przypadku, Bóg musiałby zakończyć swe wieczne dzieło, W obu przypadkach pojawiłaby się sprzeczność, z przyjętym na wstępie aksjomatem, Aby nie dopuścić do sprzeczności, trzeba przyjąć, że Bóg przejawia się w dwóch postaciach: jako Konstruktor – wieczny tworzyciel, ale i jako Destruktor – wieczny niszczyciel. Tworzenie, i unicestwianie, to równoczesne – wieczne - przekształcenia: Pomiędzy procesem tworzenia a procesem unicestwiania - nie może z kolei istnieć stan nierównowagi, wiodłoby to bowiem do tej samej, co wcześniej, sprzeczności: przewaga Konstruktora oznaczałaby koniec aktywności Boga, Trzeba więc przyjąć, że Bóg przejawia się także i w trzeciej postaci: jako CZŁOWIEK – wieczny regulator świata. Czym innym jest boski CZŁOWIEK, a czym innym – żywe ciało ludzkie (w całej swej złożoności), jakkolwiek też - potocznie - nazywane "człowiekiem". Istotą CZŁOWIEKA jest utrzymywanie Konstruktora i Destruktora w stanie równowagi. Tak więc, pomiędzy procesami tworzenia i unicestwiania świata, Życie to utrzymywanie dynamicznej równowagi funkcjonalnej pomiędzy boskimi ekstremami. Życie polega na wiecznym odwracaniu wiecznych, wzajemnych oddziaływań Konstruktora i Destruktora: w efekcie, niszczenie wiedzie do budowy (nowego), a odbudowie towarzyszy niszczenie (starego). Reasumując: Bóg jest. I tylko Bóg jest. Boskie JEST to stan bez początku i końca, bez przyczyny i skutku, niczym nieograniczony. Niczego innego nie ma. To, czego nie ma, to Świat. Świat istnieje. Bóg to wieczna niezmienność, a Świat to wieczna zmienność. Mówiąc zwięźle, a obrazowo: Bóg to ekran, emanujący filmem o Konstruktorze, Destruktorze, i o CZŁOWIEKU. Świat to nicość, w której (na trzy sposoby) przejawia się Bóg: Na koniec, Mistrz dodał: "Nie można, bez popadania w sprzeczność, przeprowadzić innego, Stąd też właśnie wzięto pomysł na tytuł dzisiejszej Jego wypowiedzi.
Dodano: 2009-01-10 02:15:19 Miłe złego początki Mistrz, indagowany wielokrotnie o interpretację tak ważkich dla współczesności pojęć, jak: pieniądze, polityka, i władza, opowiedział razu pewnego następującą historyjkę (zastrzegł się przy tym, że tę problematykę można zilustrować także i innymi, zapewne nawet bardziej dowcipnymi, przypowieściami, i że ta, którą właśnie tu nam opowiada, jest tylko jedną z wielu, bardzo wielu, możliwych do wymyślenia na ten temat, przez każdego innego: wnikliwego obserwatora, lub pomysłowego dydaktyka): Umbowianie cieszyli się naturalnym sposobem życia, polegającym na braku zakazów i nakazów: mieli dość czasu i na sen i na ulubione przyjemności, dbając przede wszystkim - w zgodzie ze swoim zdrowym rozsądkiem, i z fizjologią - o swoje dobre samopoczucie, i o rozwijanie swoich talentów, a następnie, i przy okazji, także o swoje domostwo, o rodzinę, i o sąsiadów. Umbowianie nie posiadali więc nadmiernych zapasów niczego, i nie gromadzili rzeczy bezużytecznych: Jeśli któryś z nich czegoś potrzebował, czego nie mógł - z braku umiejętności, lub z braku dostępu - samemu przeżyć, zdobyć, lub wytworzyć, to po prostu prosił innego Umbowiana o to, aby ten, stosownie do swoich możliwości (talentu, wiedzy, zapasów lub autorytetu, etc.), obdarował potrzebującego owym deficytowym, pożądanym aktualnie dobrem. Jeśli proszący był lubiany, to owe coś od proszonego dostawał. Jeśli nie, to nie dostawał... Lubianym, którzy stanowili zdecydowaną większość, żyło się więc wyraźnie lepiej, niż grupce nielubianych, zaś owi nielubiani byli - w także naturalny zresztą sposób - silnie eliminowani ze społeczności Umbowian (nielubiani mieli trudności w znalezieniu partnera, rodziło ich się mniej, gorzej się odżywiali i gorzej mieszkali, w chorobie i niedostatku byli osamotnieni, co - w sprzężeniu - powodowało narastanie u nich kolejnych trudności życiowych, itd., itd.). Jest rzeczą jasną to, że ten naturalny stan rzeczy, korzystny dla lubiącej się większości, nie podobał się - i to bardzo - jedynie samym nielubianym, jako że dla nich, nielicznych, był ten stan stanem nie tyle tylko przykrym, ile wprost nader groźnym: prowadził przecież, w praktyce, do ich całkowitej (fizycznej) eksterminacji... Nie było więc niczego dziwnego w tym, że najinteligentniejsi z nielubianych postanowili, w trosce o własną skórę, zmienić sytuację, w której się znaleźli, z niekorzystnej - na korzystną. I, co ciekawe, udało im się to całkowicie. Jak do tego doszło? Otóż, nielubiani namówili Umbowian - wpierw jednego, potem kilku, a następnie wszystkich - do podjęcia nienaturalnych wysiłków, wiodących albo do zgromadzenia nadmiernych zapasów, albo do nadmiernego wyspecjalizowania się. Tak było np. z Urumbą (słynącym z wyrobu narzędzi), który - za namową nielubianego Bumbla - zrobił dodatkowo siekierę, choć nikt ze znajomych Urumby o tę extra siekierę wcześniej jeszcze Urumby nie poprosił... Podobnie udało im się z Ulmem (biegłym w baśniach, i w grze na fujarce), który - nakłoniony przez innego, nielubianego Brolla - nauczył się grać także i na tamburinie, a nawet: śpiewać falsetem, choć nikt go o ten nowy repertuar - jak dotąd - w ogóle nie poprosił... Przekonano też i Ulupa (rolnika, znawcę upraw), do obsiania zbożem jeszcze i tej małej łączki, leżącej odłogiem tuż za jego stodołą; skutkiem czego, w komorze Ulupa, pojawił się niebawem pękaty wór nikomu niepotrzebnego owsa... I tak dalej, i tak dalej. Nielubiani, systematycznie działając pochlebstwami ("Ach, jak pięknie opowiadasz i grasz; ale, możesz być podziwiany jeszcze bardziej - spróbuj więc czegoś nowego, np. śpiewu, lub bębenka z dzwoneczkami!...") i zagrożeniami ("Powinieneś mieć o jedną siekierę więcej! Co by było, gdyby Ci się ta stara zawieruszyła, a tu mróz ściśnie znienacka? Czym porąbiesz drewno na opał?..."), doprowadzili w końcu do tego, że każdy z lubiących się Umbowian niekorzystnie zadysponował częścią swojej mocy życiowej, wskutek czego każdy z nich: 1) miał czegoś tam trochę w nadmiarze, choć tego aktualnie wcale nie potrzebował, 2) równocześnie odczuwając dotkliwy niedobór czegoś zupełnie innego, czego zdobycia lekkomyślnie kiedyś tam samemu nieodwracalnie zaniedbał (właśnie zdobywając wówczas inne, zgoła - jak się potem w praktyce życiowej okazało - niepotrzebne rzeczy lub umiejętności). Tak więc, za sprawą podstępu nielubianych, zdezorientowani Umbowianie znaleźli się nagle, na stałe, w nowej, trudnej, i całkowicie nienaturalnej sytuacji, powielanej po dziś dzień, wciąż na nowo, w każdej - niestety - ziemskiej współczesności: A) oto bowiem posiedli już wiele towarów, tj. bezużytecznych rzeczy i umiejętności, które by chętnie zamienili - na inne, potrzebne im akurat dobra różnego rodzaju (ale, jak na złość, posiadane, też w charakterze towaru, przez innych...); B) jeszcze jednak nie znali - bo i skąd? - metodologii efektywnego postępowania z tymi kłopotliwymi nadwyżkami, owocami własnej nadgorliwości (by nie rzec: lekkomyślności...), zdobytymi kosztem jeszcze bardziej kłopotliwych niedoborów; Sytuacja ta jest dlatego nienaturalna (tj. bez odpowiednika w naturze), ponieważ Umbowianie pracowicie zdobywają w niej różne rzeczy tylko po to, aby się ich zaraz potem, po zdobyciu, równie pracowicie - pozbyć, lub pozbywać (przypomina to karę, polegającą na ciągłym wykopywaniu i zasypywaniu, nikomu niepotrzebnych, bezużytecznych dziur w ziemi...). Istotą tej nowej sytuacji jest powszechna potrzeba dokonywania zamiany - towaru własnego na inne, ściśle określone towary cudze, różnego rodzaju: Każdy w niej dąży bowiem nie tyle tylko do pozbycia się w ogóle nadmiaru własnych bezużytecznych rzeczy, ile do ciągłego zamieniania tychże na cudze: na różne inne, ale użyteczne, a więc tylko takie, które są - temu pierwszemu - po prostu, tu i teraz, niezbędne (subiektywnie) do życia. Niestety, Umbowianie nie znali jeszcze sposobu, który by im umożliwiał łatwe dokonywanie coraz bardziej licznych, koniecznych, równoczesnych, powszechnych przekształceń: - pożądanego cudzego, we własne; - a niepotrzebnego własnego, w cudze. Mówiąc krótko, nie mieli odpowiedniego do tego narzędzia. Wtedy wybiła godzina Nielubianych. Nielubiani, którzy dotąd ledwie egzystowali na marginesie Umbowian, świetnie orientowali się w opisanej tu sytuacji, bowiem sami do niej wszystkich (lubiących się) doprowadzili. A ponieważ uprzednio, z nudów - szwendając się po różnych, często bardzo odległych, egzotycznych terytoriach, nagromadzili - jak sroki - sporo bezużytecznych błyskotek, w tym mnóstwo wypłukanego ze strumieni złotego piasku, i wiele kolorowych kamyczków, to postanowili TERAZ wymienić te swoje całkowicie bezużyteczne zasoby na jakże im - wciąż na nowo - potrzebne rzeczy: na odzież, narzędzia, lekarstwa, żywność, i na inne, niedostępne im dotąd, zachcianki i przyjemności. Zamiar, powzięty przez nielubianych, zdawał się zrazu czymś niewykonalnym: Któż bowiem, będąc przy zdrowych zmysłach, odda np. worek zboża, lub nawet konia, za garstkę złotego proszku, lub za zielony kamyczek? Po cóż komu ten złoty piasek? Na co się przyda kolorowe szkiełko? Czy da się je zjeść w chwili głodu? Czy uleczy kogoś z choroby? Czy można nim załatać dziurę w dachu? Czy można się nimi obronić przed rozwścieczonym zwierzęciem?... Nielubiani zdawali sobie sprawę z tej trudności, i po prostu z niemożliwości bezpośredniego zamieniania ich błyskotek na wszelkie inne, niezbędne im do życia produkty. Nie mogąc przeskoczyć płotu, postanowili go obejść. Marsz nielubianych, omijających przeszkodę, mógł wyglądać następująco: Urumba ma siekierę, ale potrzebuje owsa. Ulup ma owies, ale rozgląda się za cielakiem. Umbul ma cielaka, ale nie ma garnka. I tak dalej, i tak dalej... Urumbie powiedzieli, że znają takiego, który odda owies, ale - za garstkę złotego piasku. Urumba nie uwierzył, więc - by go przekonać - pożyczyli mu po prostu tę garstkę, i kazali poczekać. Ulupowi powiedzieli, że znają takiego, który odda cielaka, ale... za garstkę złotego piasku. Ulup uwierzył, i się zafrasował: Skąd bowiem miałby wziąć ową garstkę złota? Wtedy mu powiedzieli, że te złoto może - ale za worek owsa! - zaraz dostać od niejakiego Urumby. Ulup pobiegł do Urumby, i rzeczywiście: od zdumionego Urumby dostał potrzebną mu garstkę złota, pozbywając się - z ulgą - ciężkiego worka z niepotrzebnym owsem. Czy już wiecie, kogo - po powrocie od Urumby - zastał Ulup na progu swego domostwa? Czekał nań - rzecz jasna, Umbul... Właśnie przyprowadził on bowiem Ulupowi cielaka, w nadziei na otrzymanie garstki złotego proszku (powiedziano mu bowiem wcześniej, że niejaki Untal ma garnki, ale oddaje je tylko za małe szczypty złota...). I tak dalej, i tak dalej... Kiedy po paru miesiącach, w czasie których Urumba kilka razy już posłużył się złotem (zrobił wiele nowych siekier, wymieniając je wpierw na złoto, a potem - wymieniając owe złoto na inne, potrzebne mu rzeczy: miód, sukno, i buty) - w domu Urumby ponownie pojawili się nielubiani (m.in. po odbiór pożyczki), to w zachowaniu Urumby nawet śladu nie było po dawnej do nich niechęci i nieufności! Wręcz przeciwnie - pojawiła się służalczość: Zostali przyjęci z honorami, a Urumba sam ich zapytał o złoto, oferując za kolejny woreczek kruszcu już nie jedną, ale aż trzy siekiery: miał ich sporo, postanowił bowiem - jak i inni Umbowianie - porzucić trudną samowystarczalność (trudną, bowiem opartą o wysiłek zabiegania o względy innych), na rzecz łatwych - za sprawą złota - pożytków ze specjalizacji (już bez zbędnej - zdawałoby się - troski o to, czy się jest, czy nie jest, nadal lubianym przez innych...). I tak dalej, i tak dalej... Raz puszczone w ruch przez garstkę nielubianych, złote koło kręci się do teraz, a pozorny blask jego wirującej tarczy oślepia wciąż ludzi, kryjąc przed nimi inny, prawdziwy świat, i inne, prawdziwe problemy: doczesne i wieczne. Reasumując: Tak oto powstały pieniądze, czyli wypożyczane od/przez Nielubianych ich unikalne narzędzia, pozwalające innym na pozornie bezpieczne, i łatwe, zastępowanie uciążliwości własnej pracy - efektami dobrowolnej pracy cudzej (tj. na kompensowanie własnych niedoborów - cudzymi nadwyżkami). Tak właśnie narodziła się potęga Nielubianych, mogących od tamtego czasu, po dziś dzień - zupełnie bez trudu, ZA DARMO, mocą monopolu na kreowanie pieniędzy (tj. np. na posiadanie złota, lub na druk banknotów...) - zaspokajać wszelkie swe zachcianki, i otrzymywać od każdego wszelkie towary, a w praktyce: wszystko to, co im akurat było, i jest, do życia, i do ekspansji, potrzebne! Tak też wyglądały początki trwającego po dziś dzień niewolnictwa, czyli podziału ludzi na rządzących i rządzonych (z nasuwającą się analogią do innego, znanego z biologii, charakterystycznego zestawienia: pasożyty/żywiciele), oraz gospodarki towarowo-pieniężnej (jałowej krzątaniny specjalistów, handlarzy i urzędników). Innymi słowy, tak właśnie się zrodziła dobrze każdemu znana współczesność, wraz z polityką - cynicznym procederem dezorientowania ludzi (odwracania ich uwagi), i władzą - podstępnie zagarniętą (przez mniejszość) cudzą mocą życiową (większości). Nie rozumiejąc początków i istoty współczesności, nie rozumie się też i własnego życia, w tę współczesność całkowicie wplecionego. A nie rozumiejąc życia, nie można nim szczęśliwie, tj. dla własnego dobra, skutecznie pokierować." Dlatego Mistrz zezwolił na publikację tej prostej opowiastki, licząc na to, że - być może - pozwoli ona choćby paru osobom na szybsze uporanie się przez nie z ich ewentualnymi rozterkami: życiowymi, światopoglądowymi, i moralnymi. Bowiem to, i tylko to (rozpraszanie wątpliwości), jest jedyną intencją Mistrza, przy wszelkich Jego wypowiedziach, kierowanych do PT Poszukujących. Dodano: 2006-02-13 00:52:41 Nawiązanie do współczesnościŻyjąc we współczesnej gospodarce towarowo-pieniężnej, człowiek znajduje się w nienaturalnej sytuacji, w której jego własne powodzenie zależy od cudzego niepowodzenia (od niepowodzenia innych ludzi). I tak, np. lekarze żyją z chorych, policjanci - z przestępców, nauczyciele - z uczniów, szefowie - z podwładnych, itd. Im gorzej jest tym drugim, i im jest ich więcej - tym lepiej jest tym pierwszym, bo tym trwalsze, częstsze, i obfitsze są ich profity. Generalnie, eksploatujący żyją z eksploatowanych, solidarnie uniemożliwiając im zmianę sytuacji na lepszą, starannie dbając o ciągłe uzależnianie ich od siebie, a konkurując między sobą tylko o wyższe miejsca w hierarchii eksploatatorów. Sytuacja taka jest m.in. dlatego nienaturalna, ponieważ w istocie prowadzi do utrwalania i upowszechniania patologii (krzywdzenia bliźnich): lekarze sprzyjają chorobom, władza - demoralizacji, nauczyciele - niewiedzy, przełożeni - służalczości (a nie, np. kompetencji personelu), itd. Innymi słowy, jest to niepokojąca rzeczywistość, w której cudze powodzenie jest zapowiedzią możliwości zagrożenia dla powodzenia własnego, i dlatego każdy każdemu ciągle we wszystkim przeszkadza: w rozwoju, i w codziennym życiu (homo homini lupus est, co znaczy: człowiek człowiekowi wilkiem). Nieliczni, których uwiera jarzmo eksploatacji, lub którym przeszkadza stan ciągłej konkurencji, poszukują wyjścia z tej sztucznej sytuacji, dążąc do znalezienia się w sytuacji naturalnej: w której własne powodzenie zależy po prostu tylko od własnego powodzenia (m.in. od własnego postępowania i zachowywania się), i w której pomaganie znajomemu - np. sąsiadowi lub kuzynce - jest czymś całkowicie bezpiecznym, i zawsze korzystnym. I właśnie jedną z wielu dróg, prowadzących do tego wyjścia, jest buddyzm ZEN. Zaś Szkoła ZEN saute jest tylko jedną z wielu, bardzo wielu, szkół myślenia i postępowania, odwołujących się do nauk Buddy, w fascynującym niektórych procesie rozwiązywania zagadki istnienia: świata i siebie. Dodano: 2004-10-10 22:39:38 Archiwum ...Szkoła archiwizuje złośliwe emaile od PT Odwiedzających stronę ZEN saute, i tworzy z tej poczty listę przebojów, umieszczając na topie najbardziej zajadłe z nich. Zdumiewają gniewne, często wulgarne, wypowiedzi tych Gości, którzy jeszcze nigdy się nie skontaktowali: ani z Mistrzem (a Mistrz - z nimi...), ani w ogóle ze Szkołą ZEN saute (a Szkoła - z nimi...), i którzy więc z pewnością niczego konkretnego po prostu nie wiedzą: ani o Szkole ZEN, ani o samym Mistrzu. Teraz, od grudnia 2006r., nie cytujemy już tych żenujących wypowiedzi, i nie piętnujemy plujących nimi "mędrców"... Albowiem ich liczba ostatnio znacznie zmalała, w praktyce - do zera, i zjawisko przestało już zasługiwać na jakąkolwiek uwagę. Archiwum jednakże wciąż istnieje, a jego zawartość jest - jak każde zresztą zdarzenie fizyczne - zbiorem wiecznych przyczyn, mających swój zindywidualizowany wpływ na losy każdego autora tych starannie skatalogowanych, specyficznie agresywnych wynurzeń. Dodano: 2004-12-29 00:17:11 Zamiast koanuCzęsto używa się słowa różnica. Jak więc, i po co, odpowiesz na pytanie: Co to jest różnica? Dodano: 2004-10-10 14:47:02 |
||